Mama Wrocławianka

Gallus gallus domesticus, czyli Kura Domowa w wersji Mama Wrocławianka

Tak. Jestem kurą domową.
Tak. Moje dziecko nie chodzi do żłobka.
Tak. Lubię to.
Tak. Nie chcę puszczać dziecka do żłobka w ogóle.
Tak. Nie nudzi mi się w domu.
Tak. Nie czuję się uwsteczniona.

Ludziom wydaje się, że:
Leżę i pachnę.
Mam mnóstwo czasu na pranie, prasowanie, odkurzanie, gotowanie, cerowanie, robienie zakupów, chodzenie do kosmetyczki, fryzjera i zabawy z dzieckiem.

Każda matka wie, że siedzenie z dzieckiem w domu to nie jest sielanka. Marzeniem moim jest, aby każda matka miała wybór, czy zostać z dzieckiem w domu, czy iść rozwijać swoją karierę zawodową. Iść, bo się chce, a nie że trzeba (i tu biorę pod uwagę każdy aspekt „trzeba”). Nie chcę się rozwodzić, dlaczego tak jest, że kobiety zostawiają swoje dzieci w żłobkach, zostawiają swoje dzieci babciom, czy nianiom, bo jedne robią to, bo chcą, inne muszą, bo trzeba zarabiać, a inne muszą, bo społeczeństwo od nich wymaga, że powinna iść do pracy. Sama nie raz słyszę i to od innych matek również „a kiedy Stef idzie do żłobka?”. Mój Małżowin jest „feministką” i też wysyła mnie do pracy zawodowej. Na razie i tak nasz Stefiś ze względów rozwojowych do żłoba iść nie może, więc mam sprawę jasną. Na razie…

Miało być o sprzątaniu. No tak. Prace domowe z dzieckiem rządzą się swoimi prawami. Odkurzenie mieszkania zajmuje mi najmniej 4 razy więcej czasu niż bez małego pomocnika, który kocha kabelki i wszędzie chce wtykać swoje małe paluszki. Kiedy zaczynam ścierać kurze, ten akurat musi się wywalić lub wsadzić rękę w kocią miskę. Do pralki wkładam rzeczy w tempie masakrycznym, bo młodsze dziecię uwielbia roznosić „szmaty” po całym mieszkaniu, a jest aktualnie na etapie „jeśli mi coś zabierzesz z ręki, co akurat udało mi się zdobyć, to będę się darł na pół osiedla”. Analogicznie sprawa się ma z rzeczami wyciągniętymi z pralki i przygotowanymi do rozwieszenia na suszarce. Składam pranie tylko podczas drzemki młodszej latorośli ;P

Obiad. No z obiadem mam problem, bo rano zazwyczaj zapominam o połowie rzeczy, które miałam kupić. Kartki nie robię, bo jak siadam do pisania, to zawsze mam pustkę w głowie, co akurat chcę zrobić na obiad. Pomysłów, na najważniejszy posiłek dnia zazwyczaj brakuje, a Małżowin wcale nie pomaga stwierdzeniami „nie wiem. Zrób co chcesz”. Po za tym robienie zakupów z wózkiem, kiedy mimo windy, mam 8 stopni do pokonania na „parter” też nie jest proste. Przecież nie przytargam wody, proszków do prania i innych potrzebnych rzeczy w wózku, a i tak zazwyczaj wychodząc z pobliskiej „Biedronki” wyglądam, jak wielbłąd objuczona torbami. W „Biedronce” szczególnie robią mi się dziury w głowie i nie kupuję potrzebnych rzeczy, bo a) nienawidzę tłumów sklepowych, b) nienawidzę bałaganu w tej sieci sklepów. Zawsze wychodzę z stamtąd chora, ale zabrali mi mojego „Piotra i Pawła” i nie mam za bardzo wyboru przy porannych zakupach.

I tak podczas dzieciowej drzemki siadam do komputera, albo nadganiam cokolwiek z robotą, bo nigdy nie mam czasu. Czasem umyję wreszcie głowę, ale zazwyczaj wchodzę na Twittera, Facebooka, Gazetę Wrocławską i czytam, co się dzieje na świecie, żeby nie wypaść z obiegu, żeby wiedzieć.

Jak to nie mam na nic czasu? Inne kobiety przecież też ogarniają dom, a chodzą na etat do pracy. No to tak. Wszystko robię z dzieciem u boku, które po drodze muszę nakarmić, zabawić, nauczyć nowych rzeczy i dodatkowo zrehabilitować. Codziennie wypadałoby iść z tym dzieciem na 2godzinny spacer, żeby człowiek nie chorował i się „przewietrzył”. Jak to jest, że czasem nie mam czasu zjeść śniadania? Tak się zdarza, ale nie wyobrażam sobie inaczej. Nie czuję się leniem. Czuję się spełniona. Nie czuję się odmóżdżona. Nie czuję się gorsza.

Przedstawiłam tylko czas z jednym dzieckiem, a przecież codziennie rano w deszcz, czy słońce lecę odprowadzić Maćka do przedszkola (mam czas do 8:00, żeby mój pierworodny przekroczył próg przedszkola). Oczywiście razem ze Stefanem. Wracając robię wspomniane zakupy i krótki spacer. Zanim doczłapię się do domu jest godzina 9, a o 15 lecę znowu po Maćka. W ciągu 6 „wolnych” godzin ogarniam życie. Potem z dwójką dzieci uzupełniam brakujące artykuły obiadowe i gotujemy. Codziennie staram się, żebyśmy wszyscy we czworo zjedli obiad, żebyśmy mieli ten czas tylko dla siebie. Dla naszej rodziny. W ciepłe dni po obiedzie wychodzimy na bardzo długie spacery. Dużo rozmawiamy. Wieczorem wszyscy padamy. I tak dzień w dzień. Lubię to.

Dlatego droga mamo, drogi tato, nie oceniaj mnie, nie oceniaj innych. Ja chcę pozostać „kurą domową”. Ja chcę być blisko moich dzieci przez te pierwsze parę lat. Ja nie oceniam ciebie. Ty nie oceniaj mnie. Nie licytujmy się, kto ma gorzej i kto jest bardziej „styraną matką”. Nie wysyłaj mnie na siłę „do pracy”, bo ja mam co robić, bo ja kocham moje życie. I tak będę kiedyś musiała ruszyć 4litery i pójść na etat. Mam tylko nadzieję, że jakąś pracę znajdę, ale tym będę się przejmować, jak przyjdzie czas na wysłanie dziecka do jakiejś placówki ;P

Na koniec chciałabym podziękować moim rodzicom. Mojej Mamie, która wychowała naszą piątkę. Mojemu Tacie, który na każdym kroku doceniał pracę mojej Mamę. Wychować pięcioro dzieci to jakiś kosmos. Jako mama z każdym dniem coraz bardziej kocham moją Rodzicielkę i coraz bardziej ją doceniam. Moja Mama – Superwoman. Menadżer rodziny. Wzór.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *